Ostatnie wpisy
|
piątek, 16 grudnia 2011
Życie bywa zaskakujące...
Taka już byłam załamana kolejką w pośredniaku itp. wizjami, a okazało się, że pracę dostałam tuż po wakacjach - i to w zawodzie, choć nie obyło się bez znacznej ilości szczęścia i uporu mojego przyszłego szefa:). Pracuje mi się dobrze, choć nie zawsze jest lekko... Przeprowadzki, terminy, zarwane noce i bezpłatne nadgodziny do 21 też się już zdarzyły (choć pracę kończę o 15.30). Jestem jednak zadowolona, że sprawdzam się w tym co robię, że nabyta wiedza i umiejętności nie tylko się przydają, ale o dziwo! - też rozwijają (głównie języki), no i trochę odpoczywam od natłoku obowiązków domowych. W domu za nami ciężki okres. Od września, kiedy poszłam do pracy, synek był chwilę w żłobku, po czym się rozchorował (m.in. dwukrotne zapalenie uszu, 2 antybiotyki, pogotowie itp.). Ta choroba ciągnie się do dziś, przez co mąż ma już nawet problemy z ZUS-em i swoim L4. Mały jest teraz uodparniany w domu, pod opieką niani-babci, która go chyba za bardzo rozpieszcza. Osłodą jest to, że mały dobrze się rozwija, gada jak najęty (m.in. "Mikołaj przyniesie prezenty", "Mama w pracy pisze na komputerze", "O kurczaki!"), wariuje (biegi, skoki, wspinaczki na wszystko, bicie kota) i od tygodnia załatwia się na nocniczek, co naprawdę jest cenne:). A dokładnie tydzień temu skończył 2 latka :).
czwartek, 09 czerwca 2011
Studia a praca
W związku z zakończeniem studiowania i nieuniknionym rozpoczęciem dorosłego życia, mam nieodparte wrażenie, że zostałam oszukana. W liceum mówili nam bowiem, że dzienne studia to prestiż, renoma, świetne wykształcenie i pewna praca (w odróżnieniu od zaocznych, na które idą tylko ci, co na dzienne się nie dostali albo mieli kiepskie stopnie). Teraz jednak wydaje się to być jakimś kiepskim żartem, bo mój podwójny magister i 5 języków są świetną przepustką, ale do bezrobocia. O ile lepiej teraz mają ci, którzy najpierw znaleźli pracę, a później dopasowali sobie studia (lub ewentualnie - ku powszechnemu zdumieniu wybrali polibudę i zdawanie rozszerzonej matmy i fizyki na maturze). Ja z moim pięknym, acz hobbystycznym wykształceniem, intelektualista, humanista, artysta, ba - pisarz, ale bez zawodowego doświadczenia, będę musiała się ukorzyć przed innowacyjnością, naukami ścisłymi, wybrednym rynkiem pracy, zaprzyjaźnić z pośredniakiem i poczekać... Mama mnie pociesza, że na ZUS i tak nie ma co liczyć, więc właściwie nieistotne kiedy znajdę pracę, skoro potem będę musiała sama oszczędzać na emeryturę. Koleżankom przekopanie się przez rynek pracy zajmuje średnio 2 lata, więc niech i mój czas "adwentu" się rozpocznie. Jedyne co może mnie pocieszyć, to fakt, że nie ominie mnie nauka jazdy na trójkołowym rowerku, pierwsze pełne zdania i pożegnanie z pieluchą naszego dziecka. Eh, gdyby prace domowe i opiekę nad dzieckiem można było wpisać do CV - jakże bogate miałabym doświadczenie zawodowe...
wtorek, 01 czerwca 2010
Dzień dziecka i prawo celne
Całe szczęście to ostatni egzamin, a potem będę mogła radośnie rozpocząć wakacje i... pisanie magisterki, trzy wesela i początek studiów (zaocznych) męża - pod okiem półrocznego "brzdyla". A "brzdyl" właśnie śpi. Zmęczyło go widocznie poranne marudzenie... Teraz więc ja mam swoją chwilę na moje - popołudniowe... w przerwie między kolejnymi kartami prawa i polityki celnej... W końcu-wszyscy jesteśmy dziećmi:).
czwartek, 18 marca 2010
Problemy chrzestnych
Spotkaliśmy się z tym już niejednokrotnie (zwłaszcza przed ślubem), że potrzebne są nauki przedślubne, zaświadczenia z poradni, kursy małżeńskie (oczywiście najłatwiej wszystko załatwić jak dziewczyna jest w ciąży, co więcej: sprawę ułatwia też ślub cywilny - o dziwo!). Potrzebne - tak jak przed chrztem - kartki od spowiedzi. I tu nasuwa mi się refleksja - skoro Kościół nie wierzy ludziom "na słowo", że u spowiedzi byli, to co tak naprawdę potwierdza papierek z parafką lub podpisem księdza z jakiegokolwiek kościoła w Polsce. Przecież jak ktoś umie skłamać księdzu w oczy, to tym bardziej podrobi parafkę (zwłaszcza, że jest bez pieczątki, a ksiądz nie wie przecież kogo spowiada, tak jak penitent zwykle nie zna nazwiska księdza...). Jakby to nie było dziwne, chrzestni potrzebują zaświadczenia, że są "dobrymi katolikami". Kuzynka jest na studiach doktoranckich - do kościoła uczęszcza, ale w miejscu zameldowania, a nie zamieszkania. Jest jednak wykreślona z rodzinnej parafii, bo nie była pewnie na kolędzie. A w wielkim kościele uniwersyteckiego miasta jest zupełnie anonimowa. Jak więc ktoś może wystawić jej takie zaświadczenie? Na jakiej podstawie? Do kancelarii parafialnej poszła jej mama. Kancelaria-jak każdy urząd - pracuje tylko od pon. do pt, więc kuzynka nie miała szansy się tam zgłosić sama. Rodzina w parafii jest znana, zasłużona, z wielowiekową wręcz tradycją i przywiązaniem do wiary... A przyjęcie, jakie cioci zgotowała kancelaria... no cóż, było naprawdę "katolickie"... Skoro człowiek musi się tyle natrudzić, nabiegać i nastresować już w kwestii formalnej - by być chrzestnym, jak może dziwić, że chętnych do tego "zaszczytu" coraz mniej i że coraz częściej dzieci są nieochrzczone z braku chrzestnych?
czwartek, 11 marca 2010
Dziecko planowane czy nieplanowane?
W ankiecie, którą ostatnio przyszło mi wypełniać, było między innymi pytanie o potomstwo i o naszą wcześniejszą decyzję: czy nie planowaliśmy mieć tego dziecka, albo czy staraliśmy się o nie krócej/dłużej niż 3 miesiące? I co tu wybrać w mojej sytuacji? Już kilka lat temu, siedząc w jakieś letnie popołudnie na balkonie u moich rodziców, wybraliśmy sobie 4 imiona, które nam się podobały stwierdzając jednocześnie, że czwórka to fajna cyferka (i bardzo popularna w rodzinie:-). Po ślubie nie stwierdziliśmy jednak: "od dziś zaczynamy starania" ani też: "teraz poczekamy, bo najpierw praca/samochód/dom...", tylko raczej "jeżeli Bóg da i zajdę w ciążę, to będzie wspaniale, a jeśli przyjdzie nam poczekać, to cierpliwie poczekamy." W ciążę zaszłam pół roku później, czyli w momencie, gdy przestałam się tego spodziewać. Oszaleliśmy ze szczęścia! Więc jak odpowiedzieć - dziecko było planowane czy nie?
środa, 10 marca 2010
Jak poznałam Twojego ojca...
Za - wraz z przyjaciółką zostałam zaproszona na sylwestra do koleżanki z francuskiego; - o północy wybraliśmy się na starówkę, gdzie spotkałam kolegę z klasy i zaprosiłam go z jego męskim towarzystwem na naszą imprezę (gdzie był - pożal się Panie Boże, jeden chłopak...); - jeden z tych "jegomościów" oczarował moją przyjaciółkę, ale nic z tego nie wyszło; - wyjeżdżając do Warszawy na Parafiadę nie wiedziałyśmy, że będzie tam chłopak bardzo do tego "sylwestrowego" podobny; - podobny na tyle, że przyjaciółka zwróciła uwagę na niego i jego towarzystwo - ratowników z PCK; - okazali się o tyle zgraną grupą, że przyjaciółka postanowiła dołączyć do szkolenia pierwszej pomocy w naszym miasteczku; - no i - oczywiście - zaciągnęła tam baaaaardzo niechętną mnie :) Na pierwszym sobotnim spotkaniu, w słoneczne wrześniowe popołudnie, naprzeciwko mnie zobaczyłam jednego z instruktorów tej pierwszej pomocy. Nie mogę powiedzieć, że to było "zakochanie od pierwszego wejrzenia", czy tym bardziej miłość, ale wychodząc z tych zajęć, powiedziałam do przyjaciółek: "Widziałyście tego tam czarnowłosego? Zaklepuję go sobie!" I Właśnie tak poznałam Twojego ojca...
wtorek, 09 marca 2010
Życzenia
Czy Twój krzyk stanie się pewnym przesłaniem, czy zrozumiem, co do mnie mówisz? Czy będzie Ci łatwiej mówić "mama", czy "stara"? Czy będziesz umiał powiedzieć, że kochasz? Czy będziesz słuchał podobnej muzyki, czy mój głos będzie tylko "gderaniem"? Czy nadal będziesz się często uśmiechał, czy będziesz dzielny, silny, odważny? A może nadal się zbulwersujesz, gdy coś nie będzie po twojej myśli? Może pogadasz, gdy będziesz radosny, może przytulisz, gdy już się nauczysz? Nie umiem udawać, że mimo zmęczenia, mimo ogromu bólu i pracy, to wszystko wydaje się nie mieć żadnego znaczenia, gdy uśmiechasz się tak pięknie, jak teraz... wtedy kocham... najbardziej na świecie... Wszystkiego najlepszego w dniu imienin i skończonych dziś trzech miesięcy! Mama Cała prawda o Matce Polce...
Niby ok, bo nie powinno się nikogo dołować nadmierną perfekcyjnością ("Boże, ona sobie tak dobrze radzi, a ja jestem chyba złą matką, bo moje maleństwo to jak nie kolka, to odparzenie..."), ale z drugiej strony, dbając o przyrost naturalny, własną przyszłą emeryturę i rozwój tego pięknego kraju - naturalnie przemilcza się pewne sprawy, szczególnie przed bezdzietnymi jeszcze koleżankami. We własnej szczerości - raz spróbowałam i powiedziałam troszkę dokładniej - i co? - wystraszyłam dziewczynę! Nauczona więc tym doświadczeniem, zamiast mówić o niewiarygodnym bólu, lekarzu-rzeźniku, zmęczeniu, szwach, grzybicy, odparzeniach, krwawiących brodawkach, suchej skórze, rozstępach na sflaczałym brzuchu... mówię po prostu: "wszystko w porządku, dziecko pięknie je, a w nocy śpi, a ja jeszcze spokojnie mam czas na zdanie egzaminów z ubiegłej sesji i jeszcze przygotowuje się na chrzciny". Może nie da mi to emerytury (szczególnie, że jeszcze na nią nie pracowałam), ale chociaż mam jakąś szansę, czyż nie?
poniedziałek, 01 marca 2010
Ogon Dandysa
Dand Ogonek był słodki, cieniutki jak wężowa żelka. Nie podobał się jednak chyba Dandyskowi, bo zaczął na niego polować. Miał wtedy trzy miesiące, więc był jeszcze dziecięciem (na ludzkie to jakieś 5 lat). Musiał podczas tych "psich zabaw" zrobić sobie jakąś rankę, bo swędzenie przy gojeniu drażniło go coraz bardziej. I czegóż my nie próbowaliśmy! I maści, i spray'e, i bandaże i taśmy, wreszcie kołnierz (rozmiar "0", i tak za duży) i konsultacje z weterynarzem i behawiorystą, który podejrzewał zbyt wczesne odstawienie od matki... Na nic jednak prośby i groźby, bo skończyło się drastycznie. Wracając z wesela znajomych, usłyszałam ciche jęki już na dole klatki. Gdy weszłam, myślałam, że nasz kotek umazał się fekaliami, a on był cały we krwi! Brudne ściany, podłogi, w kącie wielka czerwona kałuża... A kotek - ledwo żywy. Nie wiem jak poradziłabym sobie, gdyby nie mąż, który zaczął szybko ścierać ślady dramatu. Ja, patrząc przez łzy, zajęłam się kotkiem... Umyłam go delikatnie w wannie i okazało się, że zamiast rozdrapanej ranki, Dandys ma na wierzchu kości ogona! Dosłownie jakby obgryzł ranę! Nie mogłam przestać płakać i przez łzy wycierałam go i tuliłam do siebie, zakładając jednocześnie sklecony na prędce opatrunek. Miski z jedzeniem były pełne... Co dokładnie się stało - nie wie nikt. Przerażenie było jednak wielkie, a noc - bezsenna. Następny dzień to wizyta u weterynarza, skierowanie do chirurga i operacja odcięcia prawie połowy ogonka. Nawet lekarzowi było szkoda, a ja znów płakałam, kiedy pod działaniem narkozy, zasypiał mi na rękach tak, jakby już nigdy miał się nie obudzić... Operacja się udała i mogliśmy wrócić do domu. Kotka jednak nadal denerwowało gojenie. Gdy poszłam z nim na zdjęcie szwów, pani dr była przerażona, bo maluch sam już je sobie wygryzł zębami i w kość wdała się martwica. Znów musiał więc interweniować chirurg. Zdecydowaliśmy, że skoro tak drażni go ogon (lub jego gojenie), to lepiej dla niego (i naszej kieszeni), będzie odciąć go w całości. Druga operacja zakończyła się niemożnością siadania na kuperku, srebrnym spray'em na kikuciku i - w końcu! - spokojnym wygojeniem. Teraz kot wygląda bardziej jak ryś, ale przynajmniej nic więcej już sobie nie odgryzł... Refleksje po porodzie
Wszystko jednak zmienia się bardzo szybko. Już na drugi, trzeci dzień "nigdy" przestaje być pisane z wielkiej litery, następne dni sieją wątpliwości ukrywając się w słowie Może..., a jak minie pamięć o bólu, niewyspanie pierwszego miesiąca i pojawi się pierwszy uśmiech maleństwa, to NIGDY zmienia się w Na Pewno, a czasem nawet w A Może Już.... - Z porodem więc jest jak z leczeniem kanałowym zęba (przynajmniej 3-kanałowego:) - człowiek obiecuje sobie do końca życia nie jeść już słodyczy, a po tygodniu batonik okazuje się bardziej kuszący niż pamięć o bolesnej wizycie. Po tygodniu nie pamięta się bowiem bólu, a jedynie swoje o nim opowiadania. - Nie jest prawdą, że mężczyzna nie urodziłby dziecka. W ostatniej fazie porodu sama miałam ochotę - hmm, jedyne marzenie, żeby ktoś mnie wybawił, bo nie dam rady, bo to niemożliwe. Poród jednak ma to do siebie, że dziecko ma jedną drogę i jak już się zacznie, to za bardzo nie ma wyboru - po prostu się rodzi i już :) - Na skurcze pomaga "kombinowanie" - szukanie coraz to nowych pozycji, w których ból jest znośny, a przede wszystkim dobry humor pomiędzy skurczami. Osobiście bardzo lubiłam koniec skurczu, bo to było wręcz erotyczne doznanie:). No a między skurczami śmiałam się z samej siebie i z dziwacznych pozycji, które wymyślałam. - W żadnym podręczniku w rozdziałach o tym, co wziąć do szpitala, nie piszą o komplecie sztućców i szklance. W polskim szpitalu może się jednak okazać to dość ważną częścią wyposażenia. Poza tym po porodzie potrzeba minimum 3l. wody dziennie, więc jedna mała buteleczka może okazać się nieporozumieniem. Niewątpliwie przydaje się też duży ręcznik. - Pokój matki z dzieckiem, w którym ląduje się po porodzie, nie powinien być osobistym. Ja jestem bardzo wdzięczna losowi, że leżałyśmy we trzy z naszymi maleństwami. Dzięki temu nie obawiałam się wyjść do łazienki, gdzie każdorazowo trzeba było spędzić przynajmniej 15 minut, bo wiedziałam, że koleżanki zerkną i na mojego malca. - Przy porodzie niczego nie da się do końca przewidzieć i zaplanować. Myślałam, że wody mi chlusną, a one kapały; myślałam, że mąż zdąży przywieźć torbę poporodową - nie zdążył, myślałam, że o karmieniu piersią wiem już wszystko - nie wiedziałam nic... - Najważniejszą osobą przy porodzie (prócz męża) naprawdę jest położna! Jeśli wszystko jest w porządku, lekarz przychodzi tylko na finał. A dobra położna nie tylko oswaja sytuację, pomaga się odstresować, kieruje pod prysznic, proponuje piłkę, ale też zastępuję całą szkołę rodzenia, pochylając się nad kobietą i pokazując jak ma oddychać, stękać, dyszeć... - Poród i połóg zmieniają podejście do intymności. Ja, całe życie nieśmiała i wstydliwa, pokazująca się tylko mężowi, po porodzie leżałam z biustem na wierzchu, wietrząc również krocze, a była to norma u wszystkich położnic. Poza tym na sam finał naszego porodu przyszło chyba z 10 osób, bo w tym czasie rodziłam tylko ja, a podejrzewam, że wszyscy na porodówce są uzależnieni od oglądania tych wszystkich cudów narodzin-bo naprawdę jest to cud! - Tzw. normalne akcje porodowe, porody i przebywanie w szpitalu "bez komplikacji" może się okazać bardzo stresujące. Moja akcja przebiegała prawidłowo, więc NIKT się mną nie interesował i dopóki sama nie poprosiłam (po 6 godzinach), nie sprawdzano mi nawet postępu rozwarcia. A koleżanka obok była kontrolowana co 1-2 godziny. Podobnie po porodzie - dzieci koleżanek były brane na badania i potem mówiono im, że jest tak czy siak. Ja z maleństwem przez te kilka dni byłam praktycznie cały czas i NIKT mu nic nie sprawdzał, przez co musiałam sama przynosić mu pieluszki z pokoju pielęgniarek:). - Ciąża i poród powinny być jak adwent - czasem radosnego oczekiwania. Wiąże się to oczywiście z możliwymi komplikacjami. Mnie na przykład położna chciała położyć na patologię ciąży, bo wchodząc na izbę przyjęć byłam uśmiechnięta i powiedziałam radośnie - chyba rodzę:). Nic jednak tak nie deprymuje, jak narzekająca i płacząca z bólu (między skurczami) współrodząca. Trzeba się więc postarać nie być dla kogoś takim dodatkowym ciężarem. - I ostatnie - starałam się cały czas pamiętać, że choć jest to największy ból, to dużo trudniejszym jest on dla dziecka - ono nie wie co się dzieje, nie przeczytało 300 podręczników "jak miło i bezboleśnie przyjść na świat", nie rozumie czemu jego własny dom, mięciutkie mieszkanko, chroniące go przez ostanie 9 miesięcy, karmiące i dające tlen, nagle wypycha go w nieznany, zimny świat, pełen dziwnych dźwięków, zapachów i światła, prawie miażdży główkę - ewidentnie chce się go pozbyć! Nie ma pojęcia, że oczekuje go tam stęskniona mama i zapłakany już tatuś. Tak, niewątpliwie to największy stres w całym ludzkim życiu... | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||